Nie o mnie!


Co prawda nie ma licznika na tej stronie, ale z transferu mogę się zorientować, że ruch i owszem jakiś jest. Strona tymczasem jest chyba nietypowa, bo zazwyczaj rolą stron jest “promocja” osoby. Ja zaś , niestety, nic tu o sobie nie napiszę. Wręcz przeciwnie, zaczynam odczuwać potrzebę ochrony prywatności. Zwłaszcza od czasu gdy znalazłem swoje nazwisko na Liście. Niestety, nie na Liście Wildsteina, czy jak się tam nazywa, ale w Wikipedii. Nawet jeśli to jakaś pomyłka, jeśli prowokacja, wynik rozgrywek, czy coś temu podobnego, nawet jeśli biogram okazał się wyjątkowo oszczędny zwłaszcza w porównaniu z innymi osobami, to poczułem się nieswojo. Nawet chyba bezpieczniej jest na tej wyciekłej z IPN-nu, nawet z dwoma zerami, bo jest tam multum ludzi, ze ćwierć Polski, więc w razie co, będzie się za kim schować. Tu człek na widelcu. Co więcej, wiadomo o nim więcej i to znacznie niż da się wyczytać z sygnatur teczek, w razie czego baaardzo trudno udawać, że jest się kimś innym.

No i nie wiadomo czy to dobrze, czy to źle. Ten IPN ucichnie. Jeśli tekstu nie zdejmę, za kilka miesięcy trzeba będzie tłumaczyć, że był taki incydent i co się w jego ramach ujawniło, a co ukryło. Natomiast co z Wikipedią, Bóg raczy wiedzieć. Sęk w tym, że informatyka cierpi na nadmiar możliwości. Moc encyklopedii internetowej ( czy kto pamięta że o czymś takim pisał Stanisław Lem w “Próżni Doskonałej?) mierzy się w ilości haseł. Owszem, miło by było, żeby te hasła były sensowne. Jednak, jak odnoszę wrażenie, autor notki o mej skromnej osobie, nie był w stanie ocenić wagi tejże. Cholera go wie, co on za jeden? Usunąć stracimy sztukę – hasło. Nie usunięcie, utrata kilkuset bajtów pojemności dysku. No i może się ktoś przyczepić, że nie ma! Więc domyślam się, że dopóki komu w mordę nie dam, nie będzie pewności, że usunąć trzeba.

Jak dość łatwo chyba się zorientować, jestem zamiłowanym linuksiarzem. Wszystkie grafiki, a nawet wszystkie fotografie przeszły przez GIMP-a. Przyznam , że obecnie nawet nie znam pełnych możliwości Photoshopa. Nie używam. Owszem uczyłem się obsługi GIMP-a z książek o Fotosklepie. Nabyta wiedza zaczęła mi teraz dość niespodziewanie przynosić zyski wyrażone w złotówkach.

Kilka razy między innymi czytałem zajadłe dyskusje pomiędzy miłośnikami “fotosklepu” i GIMP-a. Przypomina mi to dyskusje o wyższości Bożego Narodzenia nad nadziewanym prosiakiem. Oba programy powstały do czego innego. “Sklep” jest typowym programem DTP, który na wyjściu ma naświetlarnię. GIMP, za to, powstał do tworzenia stron WWW. Z dość banalnej przyczyny, jego twórcy nie bardzo się martwili takimi funkcjami jak “alarm kolorów”: program jest adresowany do wszelakiej maści “hackarzy” którzy nie tworzą dla drukarni, bo im nikt im takich dobrych wysokopłatnych zleceń nie daje. Z tejże samej przyczyny GIMP zawierał od samego początku “undo” funkcję przydatną przy niewielkich grafikach sieciowych, a wyklętą jeszcze chyba w wersji 4.0 “sklepu” ze względu na pamięciożerność gdy pracujemy dla druku .

Jałowość owych dyskusji ma jeszcze jedną przyczynę. Jak trochę pobieżnie sprawdziłem, w chwili obecnej funkcjonalność obu programów jest bardzo podobna. Oczywiście oceny różnych ludzi będą różne, ale z mojego punktu widzenia tak właśnie to wygląda. Obydwa posiadają zestaw narzędzi niezbędnych, oraz szereg bajerów i tak zwanych “drewnianych młotków” czyli czegoś co jest niezbędne, ale raz do roku lub rzadziej.

GIMP, bo na “sklepa” mnie nie stać. To znaczy, gdyby był zalany zleceniami, gdybym musiał walczyć o czas, o wykonanie jak największej liczby zamówień w najkrótszym czasie, to pewnie rozpatrywałbym nabycie monitora za 5000 pln kolorymetru i innych bajerów. Ale jestem amatorem. Retuszuję swoje zdjęcia wyostrzam, albo rozmywam i jak się ostatnio okazuje skutecznie sprzedaję, lecz powolutku. Wobec tego kasa włożona w coś, co pozwoli mi zrobić szybciej, nigdy się nie zwróci. Nie zwróci się także, dlatego, że “lepiej”. Kilka grafik udało się “pchnąć” właśnie dlatego, że w GIMP-ie, bo nietypowe. Także dlatego, że speców od “sklepu” jest mrowie, a tych co znają GIMP-a znacznie mniej. Zaś Szanowna Redakcja może każdorazowo do artykułu wrzucić PEŁNĄ wersję programu, którym “to” zostało zrobione, weź naucz się i ZARABIAJ. I niczego nie musisz już kupować my dajemy ci WSZYSTKO, żebyś mógł wydusić z tego jakąś kasę. Taka reklama w dzisiejszych czasach jest poważnym argumentem. Dodam: całkiem prawdziwym. Jeśli bowiem jesteś młodym człowiekiem z prowincji i nie masz tak zwanych perspektyw, to na przykład otwarcie usług retuszowania starych zdjęć dla ludności jest jakimś ratunkiem. Potrzebujesz do tego komputera za 1500 pln, skanera za 300 pln i już. Wydruk zdjęć można (trzeba?) przeprowadzić w zakładzie. Jeśli miałbyś kupić do tego wszystkiego “sklepa” za 3, 4 kawałki (cena się zmienia) to jesteś pod piaskiem. Jeśli kupujesz gazety komputerowe, pewnie masz i komputer. Potrzeba więc tak naprawdę tylko oprogramowania. A to, bez ryzyka konfliktu z BSA możesz mieć za friko.

Tak, jestem linuksiarzem. Lubię naciągać na pingwina. Często powtarzam to młodym ludziom, że pilnie studiując “windę” obudzą się któregoś dnia z łapą w nocniku. Okaże się, że programy które tak pracowicie poznawali, trzeba KUPIĆ. I że ich na to nie stać. Firmy po to zarzucają nas nie koniecznie potrzebnymi produktami, byśmy się do nich przyzwyczaili, byśmy zaszczepili w sobie bezradność. I wówczas już pomaszerujemy na ich pasku.

Nie, nie przesadzam. Można zrobić taki test: kazać wpisać ludziom ścieżkę dostępu, albo komendę. Ja to robiłem i prawie 100 procent ( w sumie około 30 osób) tych którzy na co dzień używają windy, zrobiło literówki. Okazuje się, że ludziska zapomnieli pisania. Klikanie zaimplementowało im wtórny analfabetyzm. Taki ukryty, wydaje się im, że pisać potrafią, ale jak przyjdzie co do czego, to nie bardzo to wychodzi...

A były czasy, bynajmniej nie Linuksa, ale DOS-a gdzie trzeba było prawidłowo wypełniać plik autoexe.bat czy jak się tam nazywało. No tak, dawno nie wypełniałem i też nie potrafię. Okazuje się, że za usunięcie niedogodności, czy wręcz możliwości ćwiczenia, ludziska są skłonni zapłacić, czy to piratom, czy firmom. Ale nie przejmujmy się: ludzie kupują sobie samochody, żeby nie musieć chodzić, a potem płacą spore pieniądze za wejście na siłownię ,żeby pobiegać na automatycznej bieżni. I do tego smieją się ze mnie, że chodzę na piechotę do pracy. Co prawda nie płacę za paliwo i siłownię, co prawda, oszczędzam czas, bo gdy oni się meczą na tej siłowni, ja siedzę w domu, ale jestem śmieszny i na dodatek ceruję skarpetki, które nabywałem po 60 gr. para.

Nie nie jestem młodym gniewnym. Łeb mi już osiwiał. Nie jestem “zielony”, nie jestem alterglobalistą. Nie jestem linuksiarzem ortodoksyjnym.Staram się być wogóle nieortodoksyjny. Niestety, ta strona wyglada, jak wygląda, przez moją nonszalancję: nie jest dość standardowa, jak na linuksiarza przystało, bo nie mam czasu i ochoty na dopieszczanie formy, gdy nie staje mi treści. Więc nie bójcie się mnie, nie będę rzucał kamieniami.

Jestem przyzwyczajony do absurdów, akceptuję je, a nawet po trochu popieram. Głupota jest na świecie potrzebna. Jeśli człowiek nie zrobi czegoś głupio, nie będzie potrzeby zastanawiać się, jak zrobić inaczej. Dlatego ceruję skarpety, choć za jeden film mógłbym sobie ich kupić cały pęk. Dlatego, mówię, że moglibyśmy robić mądrzej, na przykład nie wydawać bez sensu pieniędzy, ale nie ma pewności, czy chciałby nam się je zarabiać. I z tego wychodzi, że może czasami poprzez zakup samochodu, czy “sklepu” dojdziemy do jakiś rewelacyjnych wniosków na temat życia, albo jakiś wynalazków, bo nam pieniędzy do pierwszego zabrakło. Owszem należy namawiać ludzi do tego, by nie robili sobie krzywdy, by na przykład zamiast wojować z wirusami założyli sobie system całkowicie na nie odporny. Ale nie za intensywnie. Bo inaczej na przykład nie da się rozróżnić pomiędzy tymi mądrymi i głupimi, szczęśliwymi i skrzywdzonymi, a unifikacja, to byłoby największe nieszczęście dla ludzkości. I tym górnolotnym (i nic nie znaczącym) stwierdzeniem skończę.

Powrót